Poniedziałek
Względny spokój.
Cotygodniowe dyskusje z Basią na tematy podstawowe. Odświętne dyskusje z mężem na tematy zalegające na wątrobie (trudne, ale niezbędne do życia w jedności).
Wtorek
Pierwsze szczepienie Maryni. Spłakała się biedna, mi też się chciało pochlipać, ale mus jest szczepić.
Straż miejska z właściwą sobie uprzejmością wydrenowała nam kieszeń. Nie skomentuję.
Wychowawczyni z przedszkola Basi potwierdziła nasze obserwacje, że Basia przeżywa kryzys (zazdrość) od narodzin Marysi. Rozterki rodzicielskie, poczucie bezradności.
Środa
Basia ma pobieraną krew. Uraz psychiczny taki, że przez cala dobę nie pozwoliła zdjąć sobie plastrów ani nawet podwinąć rękawów. Nie pojechała do przedszkola, wiec byłyśmy we trzy. W ramach rozrywki poszłyśmy do pobliskiego sklepu. Mary w wózku, Basia na rowerku. Oczywiście w połowie drogi już nie chciała jechać na rowerku, więc jakoś wpakowałam go do kosza pod wózkiem i pojechałyśmy. Kupiłam sobie wielki worek ziemi ogrodowej do rozsadzenia pomidorków posianych razem z Basią. I tu zaczyna potwierdzać się prawo Murphy'ego. Przy kasie Mary się obudziła i rozryczała. Basia wchodziła tam gdzie nie powinna. Zapłaciłam i próbowałam wyprowadzić towarzystwo na zewnątrz. Ziemia nie chciała wejść pod wózek, a jak ją tam już upchnęłam, to kosz od wózka się oberwał. Mary ryczy. Basia się kręci. Założyłam kosz na nowo, upchnęłam tam rowerek Basi. Jedną ręką prowadziłam wózek, w drugą wzięłam moje 20 litrów podłoża uniwersalnego. Basi kazałam trzymać się wózka. Wyszłyśmy na dwór. Jakoś dotarłyśmy do domu. Zrobiłam nawet zdjęcie jak to wszystko wyglądało, ale nie zamieszczę, bo Grzesiek boi się opieki społecznej i prokuratury.
Czwartek
Wizyta elektryków, bo światło w przedpokoju kilka miesięcy temu przestało działać. Okazało się, że przewierciliśmy kabel podczas montowania drzwi do schowka. Wypruli mi cały kabel od puszki do żyrandola. Ale najważniejsze, że udało się naprawić, a nawet przenieść w inne miejsce. Panowie elektrycy są super. Pozdrawiam i polecam.
I wyprawa miesiąca. Pojechałam z Marynią w wózku po Basię do przedszkola. Mary, zgodnie ze wspomnianym wyżej prawem , rozryczała się po drodze. Na szczęście byłyśmy już na ulicy prowadzącej do przedszkola. Tam też poryczała. Jak już ją uspokoiłam i poszłam do sali, to okazało się , że Basia dopiero zaczyna jeść podwieczorek. To był najdłuższy podwieczorek świata. Przemiła mama Pawełka pomogła mi ubrać obie panienki i wyszłyśmy z przedszkola. Mary oczywiście ryczy (bo nie znosi kombinezonu). Uspokajam ją na zewnątrz. Już mam ją odłożyć do wózka, gdy słyszę:
- Mamo, muszę to toalety. (nie dosłownie tak, kto ma dzieci, niech sobie dopowie).
Jak wejdę z nimi z powrotem do przedszkola, to obie się spocą, Marycha znów będzie ryczeć, a Basi nie pomogę. Postanowiłam połudzić się trochę...
- Basiu, może wytrzymasz do domu? (jasne... cztery przystanki...)
Wyszłyśmy poza teren przedszkola. Był tam taki nieużytek, fajne krzaczki. Ale nie! Ja się dalej łudziłam. Idziemy wzdłuż głównej ulicy Marek na przystanek, a Basia mówi, że ją brzuch boli i nie wytrzyma...
Nie wdając się w szczegóły (te do wysłuchania na żywo ode mnie, nie godzi się tego pisać nawet na przyziemnym blogu) - poradziłyśmy sobie ;P
Mary na szczęście spała już do samego domu. Zmęczone, zgrzane, sfrustrowane dotarłyśmy do domu. Leżałam później z pół godziny gapiąc się w sufit i obiecując sobie: nigdy więcej!
Piątek
Poranne frustracje z powodu zmagań z ZUSem. Po prawie trzech miesiącach udało mi się jednak uzyskać decyzję w sprawie zasiłku macierzyńskiego. Odmowną oczywiście. Nie chce mi się opowiadać całej tej historii, powiem tylko tyle: to, że prawo na coś pozwala nie oznacza, że ZUS na to pozwala. Ubezpieczyć się można tylko po to, aby opłacać składki. Nie po to, aby być ubezpieczonym. W nosie ich mam. Są na szczęście inne drogi.
Wieczorem poszłam z Basią na nabożeństwo Drogi Krzyżowej. Muszę przyznać, że nawet wolałabym pójść sama, ale ona wyjątkowo chciała. Poszłyśmy. Stacja druga. Basia ciągnie mnie za rękaw.
- Mamo, muszę siku.
Zaczynam podejrzewać, że zwiedzanie kościelnych łazienek jest hobby mojej córki. Poszłyśmy. Wróciłyśmy. Była już ósma stacja. Po chwili:
-Mamo, jestem głodna.
- Nie ma jedzenia. Wytrzymaj. Mówiłam ci, żebyś jadła w domu.
- Ale ja jestem głodna.
- Trudno.
Nie jestem pewna, ale kątem oka widziałam chyba, jak lizała ławkę przed nami (ku zgrozie otaczających mnie starszych pań).
Sobota
Grzesiek zabrał Basię do kina do Warszawy na jakiś film dla dzieci o niedźwiedziu w Nowym Jorku czy jakoś tak. Wrócili zmasakrowani. Basia ryczała, bo była przebodźcowana (film był podobno bardziej dla rodziców), a Grześka rozbolała głowa.
Jak się już ogarnęli, to postanowiliśmy jechać na mszę do wspólnoty. I to są te momenty, które nazwałabym śmietanką życia rodzinnego. Wszyscy biegają próbując ubrać siebie i dzieci, spakować co trzeba. Każdy przewraca się o własne nogi, czas biegnie nieubłaganie. Baśka ucieka, jest nieposłuszna, Marynia (oczywiście) ryczy jak szalona i nie chce jeść, buty brudne, rzeczy nie do znalezienia. Przyszedł moment w którym wykrzyczałam: " Mam dosyć! Nigdzie nie jadę! " Byłam wściekła. Minuta absolutnej ciszy w całym domu. Nie, nie absolutnej. Mary ryczała dalej. Pomyślałam: "Cholera! czarny wygrał! ". I wtedy mąż mój nieśmiało napomknął, że dużo wspólnot, że na pewno będzie opóźnienie, ale on nie naciska. A Basia mnie przeprosiła sama z siebie (!!!). I pojechaliśmy.
Po drodze mijaliśmy wypadek. Na Trasie Siekierkowskiej dachował samochód osobowy. Policja ani karetka jeszcze nie przyjechały, ale wokół auta kręciło się już kilkoro ludzi. Kierowca siedział nieopodal, świadkowie świecili do wewnątrz latarkami, chyba jeszcze ktoś tam był. Przez resztę drogi zastanawiałam się, czy wszyscy pasażerowie tego samochodu przeżyli.
Na Eucharystii dobrze zapamiętałam Ewangelię z dzisiejszego dnia:
Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. (Łk 13, 1-9)
niedziela, 28 lutego 2016
niedziela, 14 lutego 2016
Żarliwa miłość
Taki tytuł ma piosenka New Life'm, która ma w sobie coś, co mnie porusza. To nie jest jakieś wybitne dzieło muzyczne ani literackie, ale bardzo szczere wyznanie.
Słuchając tej piosenki jakiś czas temu zrozumiałam, że o to właśnie chodzi. Żeby nie zakładać żadnych masek fałszywej pokory. Że powtarzanie " Nie umiem Cię kochać, jestem egoistą, nie zasługuję na Twoją miłość" itd. (chociaż to prawda), to ciągłe kręcenie się wokół własnego JA. A gdy patrzę na Tego, którego kocham, to już nie muszę się skupiać na sobie. Patrzę na Niego. Jest najpiękniejszym spośród synów ludzkich. Patrząc na Niego chce się Go kochać. Kochać Go dla Niego samego, nie dla profitów. Króla żebraków miłości. Ja od mojego męża nie chcę słyszeć, że nie potrafi, ale że tak jak umie... A On ciągle czeka, żebym to powiedziała. Więc mówię:
Jezu, kocham Cię...
Słuchając tej piosenki jakiś czas temu zrozumiałam, że o to właśnie chodzi. Żeby nie zakładać żadnych masek fałszywej pokory. Że powtarzanie " Nie umiem Cię kochać, jestem egoistą, nie zasługuję na Twoją miłość" itd. (chociaż to prawda), to ciągłe kręcenie się wokół własnego JA. A gdy patrzę na Tego, którego kocham, to już nie muszę się skupiać na sobie. Patrzę na Niego. Jest najpiękniejszym spośród synów ludzkich. Patrząc na Niego chce się Go kochać. Kochać Go dla Niego samego, nie dla profitów. Króla żebraków miłości. Ja od mojego męża nie chcę słyszeć, że nie potrafi, ale że tak jak umie... A On ciągle czeka, żebym to powiedziała. Więc mówię:
Jezu, kocham Cię...
poniedziałek, 8 lutego 2016
Miód i mleko
W tablecie znów popsuło się gniazdo do ładowarki. Grześka komputer też chwilowo nie działa, więc piszę ten post na komórce. To dopiero determinacja...
Z góry przepraszam za ewentualne błędy, ale napisać, a później poprawić na komórce to już przekracza moją determinację.
Domowa zaraza ma się gorzej. Znokautowaliśmy ją antybiotykiem ( Basia) i Amolem ( ja). Tu dygresja. Wredna i moralizatorska. Obrzydliwy smród dydaktyczny. Stojąc ostatnio w kolejce w aptece poczyniłam refleksję na temat chorowania na zapalenie zatok. Przede mną młoda dziewczyna wykupowała co się dało, bo tak ją te zatoki bolą i taki katar itd. A ja miałam ochotę zapytać: A GDZIE MASZ CZAPKĘ DZIEWCZYNKO? Gil do pasa, ale głowa goła. Kaptur nic nie pomoże. Czapę na czoło i uszy nasunąć trzeba! Może bez czapki wygląda się bardziej sexi, ale jak już złapiesz zapalenie zatok, to z zatkanym nosem i przekrwionymi oraz łzawiącymi oczami będziesz wyglądać głupiej niż w berecie, nawet moherowym.
Mądrzę się, bo sama byłam głupia taka jeszcze w liceum. Na studiach też miewałam zaćmienia umysłu. Jak doszły do tego zajęcia na basenie zimą, to załatwiłam się na całe życie. Teraz nawet wychodząc zimą na 15 sekund na balkon zakładam czapę i szalik. Mycie głowy przynajmniej kilka godzin przed wyjsciem z domu. Zawsze suszę włosy. Pilnuję się i jest ok, ale dwa lata miałam wyjęte z życiorysu. Nie popełniaj mojego błędu. Albo jak chcesz to popełniaj. Twoje zatoki. Ale powiem wtedy: A nie mówiłam? Nie daj mi tej satysfakcji😃
Bo ja bez czapek widzę głównie niewiasty i to w każdym wieku. Piętnastki i pięćdziesiątki.
Wnukom czapy na uszy, a same nie chcą sobie koafiury popsuć.
Co do tego mleka to chciałam tylko napisać, że karmię Marysię piersią z pobudek egoistycznych. Bo nie chciałoby mi się robić jej tego mleka, a później myć tych butelek. Wozić tego wszystkiego ze sobą. I wydawać pieniędzy na to mleko. Polecam karmienie piersią. Ojcom też 😃 Oczywiście, żebyście wspierali swoje żony w karmieniu.
O miodzie. Tak.
Lubię miód 😉
Z góry przepraszam za ewentualne błędy, ale napisać, a później poprawić na komórce to już przekracza moją determinację.
Domowa zaraza ma się gorzej. Znokautowaliśmy ją antybiotykiem ( Basia) i Amolem ( ja). Tu dygresja. Wredna i moralizatorska. Obrzydliwy smród dydaktyczny. Stojąc ostatnio w kolejce w aptece poczyniłam refleksję na temat chorowania na zapalenie zatok. Przede mną młoda dziewczyna wykupowała co się dało, bo tak ją te zatoki bolą i taki katar itd. A ja miałam ochotę zapytać: A GDZIE MASZ CZAPKĘ DZIEWCZYNKO? Gil do pasa, ale głowa goła. Kaptur nic nie pomoże. Czapę na czoło i uszy nasunąć trzeba! Może bez czapki wygląda się bardziej sexi, ale jak już złapiesz zapalenie zatok, to z zatkanym nosem i przekrwionymi oraz łzawiącymi oczami będziesz wyglądać głupiej niż w berecie, nawet moherowym.
Mądrzę się, bo sama byłam głupia taka jeszcze w liceum. Na studiach też miewałam zaćmienia umysłu. Jak doszły do tego zajęcia na basenie zimą, to załatwiłam się na całe życie. Teraz nawet wychodząc zimą na 15 sekund na balkon zakładam czapę i szalik. Mycie głowy przynajmniej kilka godzin przed wyjsciem z domu. Zawsze suszę włosy. Pilnuję się i jest ok, ale dwa lata miałam wyjęte z życiorysu. Nie popełniaj mojego błędu. Albo jak chcesz to popełniaj. Twoje zatoki. Ale powiem wtedy: A nie mówiłam? Nie daj mi tej satysfakcji😃
Bo ja bez czapek widzę głównie niewiasty i to w każdym wieku. Piętnastki i pięćdziesiątki.
Wnukom czapy na uszy, a same nie chcą sobie koafiury popsuć.
Co do tego mleka to chciałam tylko napisać, że karmię Marysię piersią z pobudek egoistycznych. Bo nie chciałoby mi się robić jej tego mleka, a później myć tych butelek. Wozić tego wszystkiego ze sobą. I wydawać pieniędzy na to mleko. Polecam karmienie piersią. Ojcom też 😃 Oczywiście, żebyście wspierali swoje żony w karmieniu.
O miodzie. Tak.
Lubię miód 😉
sobota, 6 lutego 2016
Zaraza i przyjemności
Sama się dziwię, że jeszcze ktoś zagląda do mojego bloga, bo tu straszny ugór.
A wszystko przez tytułową zarazę. Najpierw ponad dwa tygodnie temu Basia wróciła z przedszkola i powiedziała, że ucho ją boli. " Zapalenie ucha środkowego" pomyślałam. Godzina była późnopopołudniowa, więc na wizytę w przychodni nie było szans. Zaczęła sie bawić i jakoś ucho poszło w zapomnienie. W nocy ryczała już z bólu. Daliśmy paracetamol i poszliśmy spać. Nazajutrz rano wizyta u pediatry, ale woskowiny było tyle, że nic nie widać. Tu dygresja. Dbamy o czystość naszych dzieci, ale to czyszczenie uszu w środku to trudna sprawa.
Dostaliśmy skierowanie na cito do laryngologa. Ponad godzinę czekałam na linii na Niekłańską, jednocześnie dzwoniąc z drugiego telefonu do wielu innych miejsc. Wszedzie terminy za kilka dni, za dwa tygodnie, dzieci nie przyjmują i w dwóch miejscach można było przyjechać i zapytać lekarza, czy nas przyjmie między innymi pacjentami. Udało się na Żoliborzu, ucho wyczyszczone i obejrzane przestalo boleć. Sobota przebiegła spokojnie, w niedzielę Mary zaczął się katar ( i trwa do dziś). Tym co nie mają dzieci wyjaśniam, że u takich maluchów katar to duży problem, bo dzieci nie mogą normalnie oddychać, jeść ani spać. Noc była szalona ;)
W środę Basia wróciła z przedszkolnego balu jakaś osowiała. W nocy zaczęła się gorączka. Pediatra w piątek i wtorek. Ciągła gorączka. Wczoraj kolejna wizyta i okazało się, że już mamy zapalenie oskrzeli. Antybiotyk.
Przedwczoraj przeziębienie dopadło i mnie. Ja mam zawsze problemy z gardłem. Wczoraj rano miałam taką chrypę, jakbym wypaliła paczkę Extra mocnych bez filtra. Lekarz chciał mi dać antybiotyk, ale z powodu mojego karmienia piersią postanowiliśmy walczyć najpierw domowymi sposobami. Ukochany mój Amol, nielubiane płukanie gardła słoną wodą, Tymsal ( poniewiera, ale działa) i jakieś tabletki apteczne. Dziś już trochę lepiej.
Grzesiek ogarnia dziś dom, gotowanie, dzieci i w ogóle wszystko, a ja się zalogowałam do łóżka. I to są właśnie te przyjemności ;) Nie jest to w prawdzie to samo co w dzieciństwie, gdy donoszono mi jedzenie do łóżka, a ja czytałam opasłe tomy i spałam do woli. Ale i tak mi dobrze.
Tu powinnam wygłosić pean na cześć małżeństwa i rodziny.
Jak ja bym sama ogarnęła to wszystko? Myślę, że osoby, które samotnie wychowują dzieci ( z różnych powodów) muszą być super twardzielami, bo ja miałam w tym tygodniu kilka takich momentów, gdy obie dziewczynki ryczały, a ja razem z nimi.
Przed nami kolejny tydzień chorowania. Na ten czas limity oglądania bajek zwiększyły się wielokrotnie. Jakoś musimy dać radę.
Pocieszam się, że na pewno niedługo przyjdzie wiosna, dzieci wyzdrowieją i będziemy żyć długo i szczęśliwie.
A wszystko przez tytułową zarazę. Najpierw ponad dwa tygodnie temu Basia wróciła z przedszkola i powiedziała, że ucho ją boli. " Zapalenie ucha środkowego" pomyślałam. Godzina była późnopopołudniowa, więc na wizytę w przychodni nie było szans. Zaczęła sie bawić i jakoś ucho poszło w zapomnienie. W nocy ryczała już z bólu. Daliśmy paracetamol i poszliśmy spać. Nazajutrz rano wizyta u pediatry, ale woskowiny było tyle, że nic nie widać. Tu dygresja. Dbamy o czystość naszych dzieci, ale to czyszczenie uszu w środku to trudna sprawa.
Dostaliśmy skierowanie na cito do laryngologa. Ponad godzinę czekałam na linii na Niekłańską, jednocześnie dzwoniąc z drugiego telefonu do wielu innych miejsc. Wszedzie terminy za kilka dni, za dwa tygodnie, dzieci nie przyjmują i w dwóch miejscach można było przyjechać i zapytać lekarza, czy nas przyjmie między innymi pacjentami. Udało się na Żoliborzu, ucho wyczyszczone i obejrzane przestalo boleć. Sobota przebiegła spokojnie, w niedzielę Mary zaczął się katar ( i trwa do dziś). Tym co nie mają dzieci wyjaśniam, że u takich maluchów katar to duży problem, bo dzieci nie mogą normalnie oddychać, jeść ani spać. Noc była szalona ;)
W środę Basia wróciła z przedszkolnego balu jakaś osowiała. W nocy zaczęła się gorączka. Pediatra w piątek i wtorek. Ciągła gorączka. Wczoraj kolejna wizyta i okazało się, że już mamy zapalenie oskrzeli. Antybiotyk.
Przedwczoraj przeziębienie dopadło i mnie. Ja mam zawsze problemy z gardłem. Wczoraj rano miałam taką chrypę, jakbym wypaliła paczkę Extra mocnych bez filtra. Lekarz chciał mi dać antybiotyk, ale z powodu mojego karmienia piersią postanowiliśmy walczyć najpierw domowymi sposobami. Ukochany mój Amol, nielubiane płukanie gardła słoną wodą, Tymsal ( poniewiera, ale działa) i jakieś tabletki apteczne. Dziś już trochę lepiej.
Grzesiek ogarnia dziś dom, gotowanie, dzieci i w ogóle wszystko, a ja się zalogowałam do łóżka. I to są właśnie te przyjemności ;) Nie jest to w prawdzie to samo co w dzieciństwie, gdy donoszono mi jedzenie do łóżka, a ja czytałam opasłe tomy i spałam do woli. Ale i tak mi dobrze.
Tu powinnam wygłosić pean na cześć małżeństwa i rodziny.
Jak ja bym sama ogarnęła to wszystko? Myślę, że osoby, które samotnie wychowują dzieci ( z różnych powodów) muszą być super twardzielami, bo ja miałam w tym tygodniu kilka takich momentów, gdy obie dziewczynki ryczały, a ja razem z nimi.
Przed nami kolejny tydzień chorowania. Na ten czas limity oglądania bajek zwiększyły się wielokrotnie. Jakoś musimy dać radę.
Pocieszam się, że na pewno niedługo przyjdzie wiosna, dzieci wyzdrowieją i będziemy żyć długo i szczęśliwie.
poniedziałek, 18 stycznia 2016
Z wywieszonym językiem i bolącymi plecami.
Głupia jestem.
Odczuwasz być może satysfakcję, że w końcu to odkryłam.
Niestety, moja głupota na tym między innymi polega, że ciągle o niej zapominam i wciąż popełniam te same błędy. Plus nowe. Ilość błędów narasta lawinowo.
Ponieważ Marysia jest (narazie) dzieckiem wymagającym małych nakładów pracy i mam dużo czasu, to rano wymyślam sobie, co będę tego dnia robić. Planowanie jest dobre. Bo jak nic nie zaplanuję, to nic nie zrobię. Zauważyłam też taką zależność, że jak mam bardzo dużo do zrobienia, to zrobię prawie wszystko, a jak mam mało, to nie zrobię nic, bo ciągle mi się wydaje, że mam jeszcze tyle czasu. Więc planuję. Wymyślam różne prace omiatając wzrokiem mieszkanie. Widzę grajdołki stare, z czasu mojego leżenia i ciągle pojawiające się nowe, małe. Dwoje domowych zasiedlaczy (tak ich delikatnie nazwę) zasiedla mieszkanie różnymi swoimi rzeczami. I zostawia je tam na zawsze (albo aż ja je sprzątnę). Arrrrr! Widzę więc te wszystkie rzeczy leżące na książkach, kanapie i różnych innych dziwnych miejscach. Robię plan i zaczynam działać. Sprzątanie, gotowanie, spacer z Mary, apteka, sklep, pranie, prasowanie itd. Gdy mogę już z satysfakcją skreślić większość punktów z listy zadań bolą mnie plecy i nic mi się nie chce. A tu Mary się obudziła i jest spragniona mojej uwagi. Albo czyjejkolwiek, ale tylko ja jestem pod ręką.
I po co ja to wszystko robię? To znaczy wiem po co, ale po co chcę to wszytko zrobić jednego dnia? Na głowę upadłam? Przecież można cały tydzień tak orać, a wieczorem być wkurzoną ze zmęczenia i burczeć na wszystkich. Muszę wyluzować. Znaleźć granicę między lenistwem a byciem dobrą dla siebie. Dom to nie kołchoz, a ja nie jestem stachanowcem. Nie muszę wyrabiać 300% normy. Ale ciągle pokutuje we mnie przeświadczenie, że jak pracuję za darmo w domu, a nie zarabiam pieniędzy w pracy, to muszę udowodnić, że ja w tym domu nie siedzę ani nie leżę. No głupia jestem i tyle.
A propos sprzątania. Nie wiem jak u Was w domu, ale w naszym małżeństwie każde z nas postrzega bałagan i porządek trochę inaczej. Ja lubię, gdy jest czysto plus rzeczy są na swoim miejscu. Grzesiek lubi, gdy jest bardzo czysto, a rzeczy są mniej-więcej na swoim miejscu. Gdy mój mąż sprząta, to kurz i bakterie nie mają szans. Łazienka to jego pole bitwy. Ja wolę kuchnię. Ale kiedyś Grzesiek umył mi nowiutką wówczas płytę gazową. Przyszedł po chwili do mnie i z dziwną miną mówi:
- Aga, umyłem kuchenkę.
- To fajnie. A stało się coś? Co masz taką minę dziwną?
- To może chodź i zobacz.
Idę. Patrzę. Kuchenka idealnie czysta. Super. O! Napisy i rysunki palników też zniknęły...
Odczuwasz być może satysfakcję, że w końcu to odkryłam.
Niestety, moja głupota na tym między innymi polega, że ciągle o niej zapominam i wciąż popełniam te same błędy. Plus nowe. Ilość błędów narasta lawinowo.
Ponieważ Marysia jest (narazie) dzieckiem wymagającym małych nakładów pracy i mam dużo czasu, to rano wymyślam sobie, co będę tego dnia robić. Planowanie jest dobre. Bo jak nic nie zaplanuję, to nic nie zrobię. Zauważyłam też taką zależność, że jak mam bardzo dużo do zrobienia, to zrobię prawie wszystko, a jak mam mało, to nie zrobię nic, bo ciągle mi się wydaje, że mam jeszcze tyle czasu. Więc planuję. Wymyślam różne prace omiatając wzrokiem mieszkanie. Widzę grajdołki stare, z czasu mojego leżenia i ciągle pojawiające się nowe, małe. Dwoje domowych zasiedlaczy (tak ich delikatnie nazwę) zasiedla mieszkanie różnymi swoimi rzeczami. I zostawia je tam na zawsze (albo aż ja je sprzątnę). Arrrrr! Widzę więc te wszystkie rzeczy leżące na książkach, kanapie i różnych innych dziwnych miejscach. Robię plan i zaczynam działać. Sprzątanie, gotowanie, spacer z Mary, apteka, sklep, pranie, prasowanie itd. Gdy mogę już z satysfakcją skreślić większość punktów z listy zadań bolą mnie plecy i nic mi się nie chce. A tu Mary się obudziła i jest spragniona mojej uwagi. Albo czyjejkolwiek, ale tylko ja jestem pod ręką.
I po co ja to wszystko robię? To znaczy wiem po co, ale po co chcę to wszytko zrobić jednego dnia? Na głowę upadłam? Przecież można cały tydzień tak orać, a wieczorem być wkurzoną ze zmęczenia i burczeć na wszystkich. Muszę wyluzować. Znaleźć granicę między lenistwem a byciem dobrą dla siebie. Dom to nie kołchoz, a ja nie jestem stachanowcem. Nie muszę wyrabiać 300% normy. Ale ciągle pokutuje we mnie przeświadczenie, że jak pracuję za darmo w domu, a nie zarabiam pieniędzy w pracy, to muszę udowodnić, że ja w tym domu nie siedzę ani nie leżę. No głupia jestem i tyle.
A propos sprzątania. Nie wiem jak u Was w domu, ale w naszym małżeństwie każde z nas postrzega bałagan i porządek trochę inaczej. Ja lubię, gdy jest czysto plus rzeczy są na swoim miejscu. Grzesiek lubi, gdy jest bardzo czysto, a rzeczy są mniej-więcej na swoim miejscu. Gdy mój mąż sprząta, to kurz i bakterie nie mają szans. Łazienka to jego pole bitwy. Ja wolę kuchnię. Ale kiedyś Grzesiek umył mi nowiutką wówczas płytę gazową. Przyszedł po chwili do mnie i z dziwną miną mówi:
- Aga, umyłem kuchenkę.
- To fajnie. A stało się coś? Co masz taką minę dziwną?
- To może chodź i zobacz.
Idę. Patrzę. Kuchenka idealnie czysta. Super. O! Napisy i rysunki palników też zniknęły...
poniedziałek, 11 stycznia 2016
Dwoje jedynaków
Zapewne nie zdążę napisać tego posta dzisiaj, więc może jutro go puszczę w świat. Jeśli nie zapomnę, o czym miał być ;)
Zacznę może od anegdotki. Jako panna i młoda mężatka brałam kilka razy (chyba z siedem, już straciłam rachubę) udział w Przystanku Jezus. Jest to mówiąc w wielkim skrócie ewangelizacja na Przystanku Woodstock. Ostatni raz na PJ byliśmy razem z Grześkiem, już jako młode małżeństwo, w 2011 roku. Któregoś wieczoru, gdy wracaliśmy we dwoje z woodstockowego pola, spotkaliśmy chłopaka, który chciał się dostać do Kostrzyna, ale nie bardzo orientował się w terenie. Miał chyba szesnaście lat. Nie pamiętam niestety jego imienia. Ponieważ szliśmy do miasta (pole namiotowe PJ jest przy kościele), zaproponowaliśmy, aby poszedł z nami. Tak wywiązała się między nami rozmowa, w trakcie której powiedział nam, że pokłócił się ze swoją dziewczyną, bo ona też chciała jechać na Woodstock, a on uważał, że to nie jest miejsce odpowiednie dla niej.
- A dla ciebie jest odpowiednie? - zaprotestowałam w akcie kobiecej solidarności. Nie pamiętam, co dokładnie odpowiedział, ale był głęboko przekonany, że ma rację. A jego dziewczyna nic nie rozumie, że po co miałaby tu przyjeżdżać i coś tam jeszcze. Naprawdę nie pamiętam już tej rozmowy, ale dobrze zapamiętałam to, co ją zakończyło. Otóż po trwającej już ileś szermierce słownej między mną a tym chłopakiem, Grzesiek powiedział w końcu:
- Słuchaj, tego dziewczynom się nie da wytłumaczyć. Bo widzisz, KOBIETY MAJĄ INNĄ KUMACJĘ.
Cóż zrobić, rację trzeba przyznać. Ksiądz Ryszard, posługujący w naszej wspólnocie , też kiedyś dyskutował z jakąś kobietą i powiedział jej, że logika jest tylko jedna i jest po jego stronie. Ale po latach stwierdza, że oprócz logiki, istnieje jeszcze logika kobieca.
Czemu o tym napisałam? Bo ostatnio doświadczam tej mojej kobiecej logiki, a może to moja agnieszkowa logika. Otóż "planując" naszą rodzinę podjęliśmy decyzję, że chcielibyśmy mieć tyle dzieci, ile będziemy w stanie przyjąć. Na pewno nie chcielibyśmy poprzestać na jedynaku, bo wiadomo, że z jedynaka , to ni pies, ni sabaka ;) Teraz wszyscy rodzice jedynaków i sami jedynacy poczuli się urażeni. Spokojnie, spokojnie. Jasne, że nie każdy może mieć siedmioro dzieci (my chyba też nie) i jedno dziecko to ogromne, długo wyczekiwane szczęście. Bo każde dziecko to szczęście. Nam bardziej chodziło o poprzestawaniu na jednym dziecku, nie z powodów zdrowotnych i czy innych obiektywnych przeszkód, ale żeby zapewnić dziecku maximum dostatku materialnego, "żeby miał wszystko". Nie będzie miał wszystkiego, bo nie będzie miał rodzeństwa. Każdy żyje jak chce i tak jest dobrze. Ale skądś się biorą te trendy, że model rodziny to już nie jest nawet "2+2", ale coraz częściej "2+1" albo "2+pies/kot".
Wracając do meritum. Nie stawiając zapory nowemu życiu myśleliśmy o tym, że to (między innymi) dobrze dla Basi, żeby miała rodzeństwo. Bo to normalne środowisko do budowania relacji, do nauki życia społecznego. Żeby nie myślała, że jest pępkiem świata i wszystko kręci się wokół niej. Na pewno wielu mądrych rodziców wychowuje swoje jedynaki tak, by nie uległy tej iluzji, ale brat/siostra zawsze chętnie i konkretnie nastawia na właściwe tory. Ja mam starszą siostrę i dwóch młodszych braci. Teraz jesteśmy już wszyscy dorośli, ale w dzieciństwie nie raz staczaliśmy krwawe boje, gdy ktoś zaczynał cwaniakować. Gdy mama kupowała nam jakieś słodycze, to oczywiste było, że dzielimy na czworo. Z podziałem obowiązków bywało już różnie, bo to zależało od rodziców i babci, niestety nie mogliśmy tu sobie sami wymierzać sprawiedliwości... Nieważne.
Basia ma zatem siostrę. Nasza uwaga nie jest skupiona już tylko na niej. Musimy dzielić swój czas, siły i cierpliwość. I bardzo dobrze. O to przecież chodziło.
Tylko tu pojawia się dziwność polegająca na tym, że doznaję chwilami poczucia winy. Że nie poświęcam Basi tyle czasu, uwagi itd. co wcześniej. A jak Grzesiek nosi płaczącą Mary, a ja czytam Basi, to mam wyrzuty sumienia, że nie zajmuję się moim maleńkim dzieckiem. I tak w kółko.
Justyna W. powiedziała mi kiedyś, że przy dwójce dzieci obydwoje chcesz wychowywać jak jedynaków i doznajesz rozdarcia. Doświadczam tego właśnie. To jest ta kobieca logika. Że chcę, aby moje dzieci musiały się mną dzielić między sobą, a gdy to już się dzieje, to odczuwam dyskomfort.
Chyba potrzebuję jeszcze trochę czasu na pogodzenie się z tym, że nie wypełnię swojej wizji idealnego rodzicielstwa. Że nie jestem matką jaką myślałam , że będę. I w ogóle coraz mniej rozumiem i ogarniam to wszystko.
Jednakowoż sama opieka nad Marysią jest mniej stresująca, niż nad Baśką w wieku noworodkowym. Przy pierwszym dziecku człowiek ciągle się zastanawia, czy żyje (bo się tak nie rusza śpiąc), czy zdrowe, o co chodzi czemu płacze. Przy drugim łatwiej. I taniej, bo wszystkie rzeczy masz już po pierwszym. Zatem polecam drugie dziecko ;D
Kolki niestety nadal mamy. Trochę pomogła nam dieta bezmleczna i bezjajeczna plus Espumisan i Bio-Gaia (probiotyki). To ostatnie jest drogie i śmierdzi podejrzanie, ale mam wrażenie, że jest ciut lepiej. Polecam. Na pewno nie zaszkodzi.
Wczoraj skończyłam trzydzieści lat. Piękny wiek ;) Myślę o tym, co się zmieniło w moim życiu przez ostatnie 10 lat, gdzie byłam i co robiłam w dwudzieste urodziny. Zmieniło się... wszystko. I ja się dużo zmieniłam. Siebie samą głupio oceniać, ale patrząc na to co na zewnątrz mnie - to wszystko zmieniło się na lepsze. I mój stosunek do wielu spraw i osób też zmienił się na lepsze.
Kończę, czas spać.
Zacznę może od anegdotki. Jako panna i młoda mężatka brałam kilka razy (chyba z siedem, już straciłam rachubę) udział w Przystanku Jezus. Jest to mówiąc w wielkim skrócie ewangelizacja na Przystanku Woodstock. Ostatni raz na PJ byliśmy razem z Grześkiem, już jako młode małżeństwo, w 2011 roku. Któregoś wieczoru, gdy wracaliśmy we dwoje z woodstockowego pola, spotkaliśmy chłopaka, który chciał się dostać do Kostrzyna, ale nie bardzo orientował się w terenie. Miał chyba szesnaście lat. Nie pamiętam niestety jego imienia. Ponieważ szliśmy do miasta (pole namiotowe PJ jest przy kościele), zaproponowaliśmy, aby poszedł z nami. Tak wywiązała się między nami rozmowa, w trakcie której powiedział nam, że pokłócił się ze swoją dziewczyną, bo ona też chciała jechać na Woodstock, a on uważał, że to nie jest miejsce odpowiednie dla niej.
- A dla ciebie jest odpowiednie? - zaprotestowałam w akcie kobiecej solidarności. Nie pamiętam, co dokładnie odpowiedział, ale był głęboko przekonany, że ma rację. A jego dziewczyna nic nie rozumie, że po co miałaby tu przyjeżdżać i coś tam jeszcze. Naprawdę nie pamiętam już tej rozmowy, ale dobrze zapamiętałam to, co ją zakończyło. Otóż po trwającej już ileś szermierce słownej między mną a tym chłopakiem, Grzesiek powiedział w końcu:
- Słuchaj, tego dziewczynom się nie da wytłumaczyć. Bo widzisz, KOBIETY MAJĄ INNĄ KUMACJĘ.
Cóż zrobić, rację trzeba przyznać. Ksiądz Ryszard, posługujący w naszej wspólnocie , też kiedyś dyskutował z jakąś kobietą i powiedział jej, że logika jest tylko jedna i jest po jego stronie. Ale po latach stwierdza, że oprócz logiki, istnieje jeszcze logika kobieca.
Czemu o tym napisałam? Bo ostatnio doświadczam tej mojej kobiecej logiki, a może to moja agnieszkowa logika. Otóż "planując" naszą rodzinę podjęliśmy decyzję, że chcielibyśmy mieć tyle dzieci, ile będziemy w stanie przyjąć. Na pewno nie chcielibyśmy poprzestać na jedynaku, bo wiadomo, że z jedynaka , to ni pies, ni sabaka ;) Teraz wszyscy rodzice jedynaków i sami jedynacy poczuli się urażeni. Spokojnie, spokojnie. Jasne, że nie każdy może mieć siedmioro dzieci (my chyba też nie) i jedno dziecko to ogromne, długo wyczekiwane szczęście. Bo każde dziecko to szczęście. Nam bardziej chodziło o poprzestawaniu na jednym dziecku, nie z powodów zdrowotnych i czy innych obiektywnych przeszkód, ale żeby zapewnić dziecku maximum dostatku materialnego, "żeby miał wszystko". Nie będzie miał wszystkiego, bo nie będzie miał rodzeństwa. Każdy żyje jak chce i tak jest dobrze. Ale skądś się biorą te trendy, że model rodziny to już nie jest nawet "2+2", ale coraz częściej "2+1" albo "2+pies/kot".
Wracając do meritum. Nie stawiając zapory nowemu życiu myśleliśmy o tym, że to (między innymi) dobrze dla Basi, żeby miała rodzeństwo. Bo to normalne środowisko do budowania relacji, do nauki życia społecznego. Żeby nie myślała, że jest pępkiem świata i wszystko kręci się wokół niej. Na pewno wielu mądrych rodziców wychowuje swoje jedynaki tak, by nie uległy tej iluzji, ale brat/siostra zawsze chętnie i konkretnie nastawia na właściwe tory. Ja mam starszą siostrę i dwóch młodszych braci. Teraz jesteśmy już wszyscy dorośli, ale w dzieciństwie nie raz staczaliśmy krwawe boje, gdy ktoś zaczynał cwaniakować. Gdy mama kupowała nam jakieś słodycze, to oczywiste było, że dzielimy na czworo. Z podziałem obowiązków bywało już różnie, bo to zależało od rodziców i babci, niestety nie mogliśmy tu sobie sami wymierzać sprawiedliwości... Nieważne.
Basia ma zatem siostrę. Nasza uwaga nie jest skupiona już tylko na niej. Musimy dzielić swój czas, siły i cierpliwość. I bardzo dobrze. O to przecież chodziło.
Tylko tu pojawia się dziwność polegająca na tym, że doznaję chwilami poczucia winy. Że nie poświęcam Basi tyle czasu, uwagi itd. co wcześniej. A jak Grzesiek nosi płaczącą Mary, a ja czytam Basi, to mam wyrzuty sumienia, że nie zajmuję się moim maleńkim dzieckiem. I tak w kółko.
Justyna W. powiedziała mi kiedyś, że przy dwójce dzieci obydwoje chcesz wychowywać jak jedynaków i doznajesz rozdarcia. Doświadczam tego właśnie. To jest ta kobieca logika. Że chcę, aby moje dzieci musiały się mną dzielić między sobą, a gdy to już się dzieje, to odczuwam dyskomfort.
Chyba potrzebuję jeszcze trochę czasu na pogodzenie się z tym, że nie wypełnię swojej wizji idealnego rodzicielstwa. Że nie jestem matką jaką myślałam , że będę. I w ogóle coraz mniej rozumiem i ogarniam to wszystko.
Jednakowoż sama opieka nad Marysią jest mniej stresująca, niż nad Baśką w wieku noworodkowym. Przy pierwszym dziecku człowiek ciągle się zastanawia, czy żyje (bo się tak nie rusza śpiąc), czy zdrowe, o co chodzi czemu płacze. Przy drugim łatwiej. I taniej, bo wszystkie rzeczy masz już po pierwszym. Zatem polecam drugie dziecko ;D
Kolki niestety nadal mamy. Trochę pomogła nam dieta bezmleczna i bezjajeczna plus Espumisan i Bio-Gaia (probiotyki). To ostatnie jest drogie i śmierdzi podejrzanie, ale mam wrażenie, że jest ciut lepiej. Polecam. Na pewno nie zaszkodzi.
Wczoraj skończyłam trzydzieści lat. Piękny wiek ;) Myślę o tym, co się zmieniło w moim życiu przez ostatnie 10 lat, gdzie byłam i co robiłam w dwudzieste urodziny. Zmieniło się... wszystko. I ja się dużo zmieniłam. Siebie samą głupio oceniać, ale patrząc na to co na zewnątrz mnie - to wszystko zmieniło się na lepsze. I mój stosunek do wielu spraw i osób też zmienił się na lepsze.
Kończę, czas spać.
czwartek, 31 grudnia 2015
Koniec roku.
Właściwie, to sama nie wiem o czym to ja miałam napisać.
Wymyśliłam nową miarę. Jest to metr bieżący prania. A liczy się to tak. Na suszarce do prania mam 20 linek po metr długości. Czyli jak ją zapełnię, to mam 20 metrów bieżących prania, które później trzeba jeszcze uprasować niestety. Przed świętami z mojej winy zrobiły się nam zaległości w praniu i na święta w naszym schowku zamieszkał ogromny worek prania do zrobienia. Bo pralka i kosz były już zapełnione. Rozważam zakup kontenera.
Od poniedziałku zrobiłam już chyba 6 czy 7 prań (pralka na 6 kg) i dzisiaj dobijamy do końca. Dwa ostatnie. A przecież jest nas tylko czworo, w tym dwoje małych człowieków. Paradoks polega na tym, że im kto mniejszy, tym więcej prania produkuje. Bo mu np. coś z pieluchy wyciekło... albo się ulało... Samo życie ;P
Zaliczyliśmy już trzecią wizytę położnej środowiskowej. W porządku kobieta, ale były małe przeboje. Bo ona na pierwszej wizycie stwierdziła, że Mary ma pleśniawki na języku i kazała nam pielęgnować pępek spirytusem. Pleśniawki mnie zdziwiły, bo dzień wcześniej dziecko oglądał neonatolog w szpitalu i nic o nich nie mówił. Na drugi dzień po wizycie położnej mieliśmy powtórkę u neonatologa i zapytaliśmy o to. I lekarz powiedział, że to zwykły nalot od mleka i że nie używa się już dla dzieciaków Afftinu, który położna nam zaleciła.
Druga kontrowersja , to spirytus do pępka. Niedzietni nie muszą wiedzieć, że co jakiś czas zmieniają się zalecenia co do tego jak pielęgnować pępek. Trzy lata temu mówiono nam, że przemywanie wodą z mydłem i trzy razy dziennie Octenisept. Teraz powiedziano mi w szpitalu, że odchodzi się już nawet od Octeniseptu, że sama woda z mydłem i wycierać do sucha. I tak robiliśmy. Przyznam się, że nawet nie kupiliśmy Octeniseptu, bo wiedzieliśmy, że nie zużyjemy nawet dziesiątej części opakowania. Na wspomnianej wizycie u neonatologa zapytaliśmy więc o pępek i potwierdzono, że teraz to tylko sucha pielęgnacja, że z pielęgnacji spirytusem i grzebania patyczkiem kosmetycznym zrezygnowano już kilka lat temu. Więc zrobiliśmy po swojemu. Pewnie nic by się nie stało, gdybyśmy tego spirytusu użyli (skoro tyle lat tak robiono), ale Mary strasznie się darła , gdy położna jej grzebała w tym pępku i nie podobało mi się to. Na drugiej wizycie powiedzieliśmy położnej, że Mary nie ma pleśniawek, a położna się nie upierała przy swoim. Obejrzała pępek i powiedziała, że bardzo ładnie i w ogóle i jakoś nie miałam serca mówić jej, że nie zrobiliśmy jak kazała. Pępowinka odpadła nam szybko, bo po czterech dniach, później trochę się sączyło z pępka, ale zwykłe mycie i wycieranie wystarczyło. Ślicznie się wygoił.
Piszę to dla młodych rodziców, którzy słyszą pewnie różne historie, wersje i dobre rady na temat pielęgnacji dzieci. Można czuć się zagubionym, ale warto czasem zaufać własnej intuicji. Nie bójcie, nie jest łatwo "popsuć" tego małego człowieka. Dzieci mają system obronny także przed naszą rodzicielską głupotą ;)
Kończę, dzieci wzywają.
Niech w tym nowym 2016 roku nie zabraknie nam pokoju i radości. I poczucia humoru oczywiście ;)
A to Marysia. Sama słodycz.
Wymyśliłam nową miarę. Jest to metr bieżący prania. A liczy się to tak. Na suszarce do prania mam 20 linek po metr długości. Czyli jak ją zapełnię, to mam 20 metrów bieżących prania, które później trzeba jeszcze uprasować niestety. Przed świętami z mojej winy zrobiły się nam zaległości w praniu i na święta w naszym schowku zamieszkał ogromny worek prania do zrobienia. Bo pralka i kosz były już zapełnione. Rozważam zakup kontenera.
Od poniedziałku zrobiłam już chyba 6 czy 7 prań (pralka na 6 kg) i dzisiaj dobijamy do końca. Dwa ostatnie. A przecież jest nas tylko czworo, w tym dwoje małych człowieków. Paradoks polega na tym, że im kto mniejszy, tym więcej prania produkuje. Bo mu np. coś z pieluchy wyciekło... albo się ulało... Samo życie ;P
Zaliczyliśmy już trzecią wizytę położnej środowiskowej. W porządku kobieta, ale były małe przeboje. Bo ona na pierwszej wizycie stwierdziła, że Mary ma pleśniawki na języku i kazała nam pielęgnować pępek spirytusem. Pleśniawki mnie zdziwiły, bo dzień wcześniej dziecko oglądał neonatolog w szpitalu i nic o nich nie mówił. Na drugi dzień po wizycie położnej mieliśmy powtórkę u neonatologa i zapytaliśmy o to. I lekarz powiedział, że to zwykły nalot od mleka i że nie używa się już dla dzieciaków Afftinu, który położna nam zaleciła.
Druga kontrowersja , to spirytus do pępka. Niedzietni nie muszą wiedzieć, że co jakiś czas zmieniają się zalecenia co do tego jak pielęgnować pępek. Trzy lata temu mówiono nam, że przemywanie wodą z mydłem i trzy razy dziennie Octenisept. Teraz powiedziano mi w szpitalu, że odchodzi się już nawet od Octeniseptu, że sama woda z mydłem i wycierać do sucha. I tak robiliśmy. Przyznam się, że nawet nie kupiliśmy Octeniseptu, bo wiedzieliśmy, że nie zużyjemy nawet dziesiątej części opakowania. Na wspomnianej wizycie u neonatologa zapytaliśmy więc o pępek i potwierdzono, że teraz to tylko sucha pielęgnacja, że z pielęgnacji spirytusem i grzebania patyczkiem kosmetycznym zrezygnowano już kilka lat temu. Więc zrobiliśmy po swojemu. Pewnie nic by się nie stało, gdybyśmy tego spirytusu użyli (skoro tyle lat tak robiono), ale Mary strasznie się darła , gdy położna jej grzebała w tym pępku i nie podobało mi się to. Na drugiej wizycie powiedzieliśmy położnej, że Mary nie ma pleśniawek, a położna się nie upierała przy swoim. Obejrzała pępek i powiedziała, że bardzo ładnie i w ogóle i jakoś nie miałam serca mówić jej, że nie zrobiliśmy jak kazała. Pępowinka odpadła nam szybko, bo po czterech dniach, później trochę się sączyło z pępka, ale zwykłe mycie i wycieranie wystarczyło. Ślicznie się wygoił.
Piszę to dla młodych rodziców, którzy słyszą pewnie różne historie, wersje i dobre rady na temat pielęgnacji dzieci. Można czuć się zagubionym, ale warto czasem zaufać własnej intuicji. Nie bójcie, nie jest łatwo "popsuć" tego małego człowieka. Dzieci mają system obronny także przed naszą rodzicielską głupotą ;)
Kończę, dzieci wzywają.
Niech w tym nowym 2016 roku nie zabraknie nam pokoju i radości. I poczucia humoru oczywiście ;)
A to Marysia. Sama słodycz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
