- Halo, no co tam?
- Jesteśmy w Zielonce na festynie misyjnym. Jemy grochówkę z kotła i gra Tomasz Kamiński z zespołem.
- Kto? Powtórz, bo nie zrozumiałam.
- To-masz Ka-miń-ski!
- Nie musisz być złośliwy.
- Nie jestem.
- Jesteś. Powiedziałeś to z przekąsem.
- Nie powiedziałem.
- A właśnie że powiedziałeś!
wtorek, 21 czerwca 2016
środa, 15 czerwca 2016
Brrrrrrr!
Na zewnątrz bardzo przyjemna temperatura, w sam raz do spania. Ale ja będę wydawać za chwilę tytułowy okrzyk biorąc prysznic w zimnej wodzie. Uroki życia w mieście ;) Rozpoczął się nareszcie długo wyczekiwany, wyproszony, wymęczony i wypłakany remont naszej ulicy. I podobno dzisiaj okazało się, że nie wszystkie rury są na planach. A konkretnie nie ma tej od gazu (to co to za plany???). Gazu nie ma od dzisiejszego południa i ma nie być do jutra. A że ciepłą wodę zawdzięczamy piecowi gazowemu - dzisiaj przeprosiliśmy się z czajnikiem elektrycznym. Całe osiedle, a nawet cała ulica. Jak bym na wsi mieszkała, to bym sobie w piecu rozpaliła. Kaflowym. Albo żeliwnym. A tak to trzeba w zimnej albo pobratać się z brudkiem.
Maryni pokazał się dziś pierwszy ząbek. Jeszcze podczas wieczornego spaceru rozmawiając z sąsiadką mówiłam, że coś tych zębów nie widać, a tu pół godziny później poczułam i zobaczyłam przyczynę stękań i płaczów Marysi. Moja córcia malutka. Przed snem płakała z bólu i dałam jej ibufen. Ona taka bezbronna wobec bólu. Jak ta maleńka sarenka, co dzisiaj stała na cieniutkich nóżkach za naszym płotem. Takie maleństwo i cały świat naprzeciwko. Chyba hormony zaczynają we mnie buzować...
Na balkonie lato. Róże kwitną i pachną z różnym nasileniem.
Palma pierwszeństwa należy się Arthur Bell która ma piękne żółte kwiaty i cudownie pachnie. The Fairy ma moc kwiatów i zero zapachu, a francuska ładny, ale tylko jeden (na razie) różowy kwiat i strasznie mizerny zapach. A taka miała być pachnąca. I do tego przędziorek ją męczy, przez co zgubiła część liści i taka lekko łysawa jest. Opryskałam ją dziś ponownie wodą z płynem do mycia naczyń. Zobaczymy.

Truskawki pnące/wiszące rozrosły się, owocują i chcą się dalej rozmnażać.
Wsadzone do skrzynki rozłogi mocno podrosły, kwitną i wypuszczają kolejne rozłogi.
Powiodło się też rozmnażanie bukszpanu. Na Wielkanoc tata Grześka
przywiózł mi trzy gałązki bukszpanu do wazonu. Po świętach pocięłam je
na małe kawałki, wsadziłam w wilgotną ziemię i trzymałam na oknie przy
schodach, gdzie jest półcień i trochę chłodnej niż w domu. Ze dwa
miesiące to trwało, ale są korzenie. To działa.
Codziennie dzieje się wiele małych i dużych wydarzeń. Najciekawsze są te, o których nie mogę, albo nie chcę pisać. Bo nie należą do mnie, albo są zbyt osobiste. Pociągające jest przecież to, co dzieje się w środku człowieka. Myśli, uczucia, relacje z innymi ludźmi. Wewnętrzne poruszenia. Decyzje. Walki ze sobą samym.
Ale to już sami wiecie ;)
Dobranoc.
Maryni pokazał się dziś pierwszy ząbek. Jeszcze podczas wieczornego spaceru rozmawiając z sąsiadką mówiłam, że coś tych zębów nie widać, a tu pół godziny później poczułam i zobaczyłam przyczynę stękań i płaczów Marysi. Moja córcia malutka. Przed snem płakała z bólu i dałam jej ibufen. Ona taka bezbronna wobec bólu. Jak ta maleńka sarenka, co dzisiaj stała na cieniutkich nóżkach za naszym płotem. Takie maleństwo i cały świat naprzeciwko. Chyba hormony zaczynają we mnie buzować...
Na balkonie lato. Róże kwitną i pachną z różnym nasileniem.
Palma pierwszeństwa należy się Arthur Bell która ma piękne żółte kwiaty i cudownie pachnie. The Fairy ma moc kwiatów i zero zapachu, a francuska ładny, ale tylko jeden (na razie) różowy kwiat i strasznie mizerny zapach. A taka miała być pachnąca. I do tego przędziorek ją męczy, przez co zgubiła część liści i taka lekko łysawa jest. Opryskałam ją dziś ponownie wodą z płynem do mycia naczyń. Zobaczymy.

Truskawki pnące/wiszące rozrosły się, owocują i chcą się dalej rozmnażać.
Wsadzone do skrzynki rozłogi mocno podrosły, kwitną i wypuszczają kolejne rozłogi.
Powiodło się też rozmnażanie bukszpanu. Na Wielkanoc tata Grześka
przywiózł mi trzy gałązki bukszpanu do wazonu. Po świętach pocięłam je
na małe kawałki, wsadziłam w wilgotną ziemię i trzymałam na oknie przy
schodach, gdzie jest półcień i trochę chłodnej niż w domu. Ze dwa
miesiące to trwało, ale są korzenie. To działa.Ale to już sami wiecie ;)
Dobranoc.
czwartek, 2 czerwca 2016
Zaniedbania
Coś zaniedbać trzeba. Gdy staram się nie zaniedbywać rodziny i domu, to zaniedbuję inne obszary życia. Kiedy oddaję swój czas tym innym obszarom, to przez dom można się przekopywać, a dzieci niedopieszczone. I tak w kółko.
Chodzi mi po głowię mnóstwo myśli i refleksji życiowych, ale wciąga je życiowy wir i zapominam.
Znęcają się nade mną ostatnio różne lęki i strachy.A właściwie to ja pozwalam im się nade mną znęcać. Powtarzam sobie, że przecież nic złego się nie dzieje, ale i tak podgryza mnie to wewnętrznie. Pospolite sposoby odganiania złych myśli nie pomagają.
Czy Was, rodziców, nie nachodzą czasem lęki, że coś złego spotka Wasze dzieci? Ciężka choroba. Bardzo źli ludzie bardzo ich skrzywdzą. Na całe życie. Wypadek drogowy. I tak dalej.
A przecież zło nikogo nie omija. Cierpienie zrani każdego.
Niby WIEM, że cierpienie też ma sens. Że w moim życiu ma sens.
Ale może zrobiłoby wyjątek dla moich dzieci i je pominęło?
O Grześka tak się nie martwię. Boję się, że kiedyś , nagle przeprowadzi się z tego świata na tamten i zostawi mnie samą. I do końca życia w każdej minucie będę za nim tęsknić. Ale wiem, że on ma w sobie ziarno wiary. I wierzę, że przetrzyma cierpienie.
Dzieci są takie kruche. Chciałabym im oszczędzić przynajmniej tego niepotrzebnego cierpienia. Z grzechu. Z głupoty. A wiem, że i tak będą cierpieć.
Kiedy umarł Michał, to zrozumiałam, że takie jest ryzyko miłości. Człowiek otwiera serce, kocha i każdy może go zranić do samego środka jestestwa. Kilka sekund może go złamać. Jeden ruch może zmienić tory życia.
Chodzi mi po głowię mnóstwo myśli i refleksji życiowych, ale wciąga je życiowy wir i zapominam.
Znęcają się nade mną ostatnio różne lęki i strachy.A właściwie to ja pozwalam im się nade mną znęcać. Powtarzam sobie, że przecież nic złego się nie dzieje, ale i tak podgryza mnie to wewnętrznie. Pospolite sposoby odganiania złych myśli nie pomagają.
Czy Was, rodziców, nie nachodzą czasem lęki, że coś złego spotka Wasze dzieci? Ciężka choroba. Bardzo źli ludzie bardzo ich skrzywdzą. Na całe życie. Wypadek drogowy. I tak dalej.
A przecież zło nikogo nie omija. Cierpienie zrani każdego.
Niby WIEM, że cierpienie też ma sens. Że w moim życiu ma sens.
Ale może zrobiłoby wyjątek dla moich dzieci i je pominęło?
O Grześka tak się nie martwię. Boję się, że kiedyś , nagle przeprowadzi się z tego świata na tamten i zostawi mnie samą. I do końca życia w każdej minucie będę za nim tęsknić. Ale wiem, że on ma w sobie ziarno wiary. I wierzę, że przetrzyma cierpienie.
Dzieci są takie kruche. Chciałabym im oszczędzić przynajmniej tego niepotrzebnego cierpienia. Z grzechu. Z głupoty. A wiem, że i tak będą cierpieć.
Kiedy umarł Michał, to zrozumiałam, że takie jest ryzyko miłości. Człowiek otwiera serce, kocha i każdy może go zranić do samego środka jestestwa. Kilka sekund może go złamać. Jeden ruch może zmienić tory życia.
poniedziałek, 23 maja 2016
Blogo-ekspres
Nie mam czasu na pisanie, bo dzieci ciągle chore, nieszczęśliwe, z niedomaganiami. I do tego dałam się wkręcić w przygotowywanie ołtarza na Boże Ciało. Myślałam, że to będzie łatwiejsze, ale to jest dużo bardziej skomplikowane. Na szczęście są ludzie, którym ta sprawa nie jest obojętna i dzielnie mnie wspierają, a nawet wzięli większość spraw na siebie.Dół mnie ogarnia.
Ale kwiatki na balkonie przynajmniej mi ładnie rosną ;)
Niedawno zakupiona fuksja. Cudeńko.
Róże mają pąki i pięknie się rozrosły.
Poobcinane i ukorzenione truskawki z rozłogów też szleją i zaczynają kwitnąć. Rzeczywiście truskawka fragoo kwitnie i owocuje cały rok,
Poziomki i nachyłki przepikowane. Jak podrosną - trafią do gruntu.
Bratki też wybujały. Niech żyje wiosna!
piątek, 13 maja 2016
...
- Mamo, zobacz, ulepiłam z plasteliny Michała.
- Twojego brata?
- Tak.
- Nawet podobny.
- Muszę mu jeszcze zrobić aurolę (aureolę ).
- Zrób.
- Bo on jest bardzo dobry, wiesz mamo.
- Wiem.
- I on czuwa nad nami.
- A skąd ty to wiesz Basiu? Ktoś ci to powiedział czy sama wiesz.
- Sama wiem.
...........................................................................................................................
- Co robisz mamo?
- Smażę naleśnika. Nie podchodź, żebym cie nie oparzyła.
- Dobrze. Tylko na mnie nie tłuszcznij.
...........................................................................................................................
- Mamo, włącz mi bajkę.
- Nie.
- Ale włącz mi. Nudzi mi się.
- To zajmij się pracą jakąś. Na przykład posprzątaj zabawki z podłogi.
- Ale podczas pracy strasznie mi się nudzi. Włącz mi bajkę.
- Jak będziesz grzeczna, to wieczorem ci włączę.
- Dobrze. Będę grzeczna cały dzień. To możesz mi już włączyć ;D
...........................................................................................................................
Cieszę się z nowych dzieci. Nie moich, cudzych ;) Cieszę się, że wokół mnie wiele kobiet nosi pod sercem dzieci. Jedne czekały na nie bardzo długo, inne krótko. Niektóre mają pierwszego człowieka w sobie, inne zdecydowały się na drugie dziecko, choć wcześniej deklarowały jedno w planach. I ze wszystkich strasznie się cieszę.
Na balkonie widać powoli lato. Truskawka pięknie różowo kwitnie i zawiązała owoce. Basia codziennie sprawdza, czy nadszedł już dzień zbiorów. A będzie do zebrania ze dwie truskawki. Ale radość taka sama, jak z kilograma.
Moje róże zawiązują pąki. The Fairy miała już w zeszłym tygodniu, a dziś zobaczyłam u Arthur Bell.
Dosadziłam im w tym tygodniu po smagliczce, żeby zapełnić trochę doniczki. Poza tym smagliczka pięknie, słodko pachnie i jest rośliną miododajną. Trzeba wspierać pszczółki i dbać o to, żeby było jak najwięcej pożytków dla nich.
Ja też byłam dzisiaj na spotkaniu integracyjnym. Wyszłam z Marynią na spacer po osiedlu. Spotkałam Kasię, mamę Antka. I pogadałyśmy sobie o dzieciach, chorobach, ciążach itp. Phi! Niech wszytkie korpo-imprezy się schowają ;)
- Twojego brata?
- Tak.
- Nawet podobny.
- Muszę mu jeszcze zrobić aurolę (aureolę ).
- Zrób.
- Bo on jest bardzo dobry, wiesz mamo.
- Wiem.
- I on czuwa nad nami.
- A skąd ty to wiesz Basiu? Ktoś ci to powiedział czy sama wiesz.
- Sama wiem.
...........................................................................................................................
- Co robisz mamo?
- Smażę naleśnika. Nie podchodź, żebym cie nie oparzyła.
- Dobrze. Tylko na mnie nie tłuszcznij.
...........................................................................................................................
- Mamo, włącz mi bajkę.
- Nie.
- Ale włącz mi. Nudzi mi się.
- To zajmij się pracą jakąś. Na przykład posprzątaj zabawki z podłogi.
- Ale podczas pracy strasznie mi się nudzi. Włącz mi bajkę.
- Jak będziesz grzeczna, to wieczorem ci włączę.
- Dobrze. Będę grzeczna cały dzień. To możesz mi już włączyć ;D
...........................................................................................................................
Cieszę się z nowych dzieci. Nie moich, cudzych ;) Cieszę się, że wokół mnie wiele kobiet nosi pod sercem dzieci. Jedne czekały na nie bardzo długo, inne krótko. Niektóre mają pierwszego człowieka w sobie, inne zdecydowały się na drugie dziecko, choć wcześniej deklarowały jedno w planach. I ze wszystkich strasznie się cieszę.
Na balkonie widać powoli lato. Truskawka pięknie różowo kwitnie i zawiązała owoce. Basia codziennie sprawdza, czy nadszedł już dzień zbiorów. A będzie do zebrania ze dwie truskawki. Ale radość taka sama, jak z kilograma.
Moje róże zawiązują pąki. The Fairy miała już w zeszłym tygodniu, a dziś zobaczyłam u Arthur Bell.Dosadziłam im w tym tygodniu po smagliczce, żeby zapełnić trochę doniczki. Poza tym smagliczka pięknie, słodko pachnie i jest rośliną miododajną. Trzeba wspierać pszczółki i dbać o to, żeby było jak najwięcej pożytków dla nich.
Ja też byłam dzisiaj na spotkaniu integracyjnym. Wyszłam z Marynią na spacer po osiedlu. Spotkałam Kasię, mamę Antka. I pogadałyśmy sobie o dzieciach, chorobach, ciążach itp. Phi! Niech wszytkie korpo-imprezy się schowają ;)
niedziela, 8 maja 2016
Patron ogórków
Dzisiaj imieniny Stanisława, a zatem najlepszy dzień na sianie ogórków do gruntu. Tak mówiły mi wszystkie starsze panie (i nie tylko starsze), gdy mieszkając przez kilka miesięcy na wsi zajmowałam się ogródkiem. A zatem drodzy ogrodnicy amatorzy stajemy przed nie lada dylematem. Bo mądrość ludowa każe siać. A logika chrześcijańska każe nie siać, bo dzisiaj niedziela, a w niedzielę nie pracujemy. I to, czy ogórki dobrze powschodzą, urosną i obrodzą zależy od Boga, a nie od ludowych porzekadeł i rad, ponieważ "On sprawia, że słońce wschodzi nad złymi i nad dobrymi i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych". Nasze ogórki potrzebują i słońca i deszczu, więc lepiej zaufać Menadżerowi Pogody ;)
Ja wysiałam do trzech pojemników ogórki już jakieś dwa tygodnie temu i powschodziły. Za jakiś tydzień gdzieś je wysadzę. Albo za płotem na stepach mareckich albo z uroczym uśmiechem podaruję mojemu teściowi, który zawsze przy takich okazjach mówi : "Tam nic nie urośnie" (na działce). Ale później przesadza to do ziemi i rośnie ;D
Byliśmy tydzień temu na działce u nich. Wiosna w rozkwicie.
Wysiane przez Basię w zeszłym roku i przepikowane niezapominajki kwitną.
Szafirki posadzone przeze mnie kilka lat temu rozmnożyły się. Zeszłoroczny łubin tez powinien w tym roku wybujać w krzak i obsypać się kwiatem. Długo można wymieniać.
Chcąc - nie chcąc przyznałam się, że czasami grzebię w glebie za płotem. Posiałam tam w zeszłym roku malwy, które w tym roku powinny zakwitnąć. I rudbekię, która mam nadzieję rozsiała się pięknie po zeszłorocznym kwitnięciu.

W tym roku wysiałyśmy, a właściwie rozrzuciłyśmy z Basią radosnym swobodnym gestem trochę nasion nasturcji, które miałam jeszcze sprzed dwóch lat. I kilka krzaczków truskawek. Może coś urośnie. Tam jest ugór, chwasty i krzaki. Nieużytek. Więc teraz będzie użytek.
Rozsada pomidorów już się trochę zestarzała, za wcześnie wysiałyśmy je z Basią. Trudno. O pomidorach akurat dziadek Supeł wyrażał się z wielką aprobatą, a sadzonki papryczek zrobiłam na specjalne dziadkowe zamówienie.
Teściowie bardzo lubią ten ostry przysmak. W zeszłym roku z kilku mizernych krzaczków zebrali bardzo dużo owoców i wkręcili się w ich uprawę. Sobie zostawię tylko dwie sadzonki, bo więcej nie potrzebuję.
Poziomki zaczynają mieć po dwa liście i niedługo będę musiała je rozsadzić.

Podobnie nachyłki. Tylko gdzie ja to będę trzymać?
Poproszę Grześka, żeby mi kupił motykę. Pola za płotem jeszcze kawał.
Nie pisałam już kilka dni i nawet w tym czasie jakieś pomysły na posty chodziły mi po głowie, jakieś myśli ważne, ale uleciało. Widać nie takie znowu ważne.
Trochę dół mnie ogarnął na skutek złych i głupich zajęć zwanych porównywaniem się. Nie zazdroszczę urody. Ani tak zwanych piniędzy (mam wystarczająco). Ale myślę, że inni ludzie to jacyś tacy bardziej ogarnięci życiowo. Mają po kilkoro dzieci i w międzyczasie pracują, mają posprzątany dom, robią milion innych rzeczy. A u mnie jakby ciągle grajdołek. I dzieci, a właściwie jeden dzieć mocno nieposłuszny i wszędzie poza domem pokazuje jak bardzo ma w nosie zasady dobrego wychowania. Objada inne dzieci. Zabiera zabawki i nie chce się dzielić. Nie słucha po wielokroć powtarzanych próśb/poleceń. Mówi, że już tego nie zrobi, po czym wstaje i to robi. Ucieka, gdy chce go złapać. Nieposłusznik zatwardziały. Ręce opadają. Wszystko na odwrót. Wbrew nam. Nawet po mszy, gdy wszystkie dzieci dostają osobne błogosławieństwo, latorośl nasza zasłoniła czoło i powiedziała, że nie chce. Wdała się w dyskusję z księdzem.
- Nie chcesz błogosławieństwa?
- Nie.
- Dlaczego? Jak człowiek ma błogosławieństwo, to jest szczęśliwy. Chcesz być szczęśliwa?
- Nie.
Ale inym razem znalazła medalik i mówi do mnie:
- Widzisz mamo, to jest Pan Jezus.
- Tak.
- Tu jest Jego serce. Jak pójdziemy do nieba, to Mu to oddam.
Głupie te moje smuteczki i nic poważnego.
Trawią mnie też czasem jakiś bardziej poważne niepokoje, ale blog to nie miejsce na takie wynurzenia. I tak za dużo już na nim pisałam o naszym życiu.
Dzieci mi to kiedyż wypomną, a może nawet obrócić się to pisanie przeciwko mnie. Po raz kolejny myślę nad sensownością pisania bloga. Bo to jest jakieś kreowanie własnego wizerunku. Hm... Nie wiem.
Zjem owsiankę i pomyślę nad tym wszystkim.
Ja wysiałam do trzech pojemników ogórki już jakieś dwa tygodnie temu i powschodziły. Za jakiś tydzień gdzieś je wysadzę. Albo za płotem na stepach mareckich albo z uroczym uśmiechem podaruję mojemu teściowi, który zawsze przy takich okazjach mówi : "Tam nic nie urośnie" (na działce). Ale później przesadza to do ziemi i rośnie ;D
Byliśmy tydzień temu na działce u nich. Wiosna w rozkwicie.
Wysiane przez Basię w zeszłym roku i przepikowane niezapominajki kwitną.
Szafirki posadzone przeze mnie kilka lat temu rozmnożyły się. Zeszłoroczny łubin tez powinien w tym roku wybujać w krzak i obsypać się kwiatem. Długo można wymieniać.
Chcąc - nie chcąc przyznałam się, że czasami grzebię w glebie za płotem. Posiałam tam w zeszłym roku malwy, które w tym roku powinny zakwitnąć. I rudbekię, która mam nadzieję rozsiała się pięknie po zeszłorocznym kwitnięciu.
W tym roku wysiałyśmy, a właściwie rozrzuciłyśmy z Basią radosnym swobodnym gestem trochę nasion nasturcji, które miałam jeszcze sprzed dwóch lat. I kilka krzaczków truskawek. Może coś urośnie. Tam jest ugór, chwasty i krzaki. Nieużytek. Więc teraz będzie użytek.
Rozsada pomidorów już się trochę zestarzała, za wcześnie wysiałyśmy je z Basią. Trudno. O pomidorach akurat dziadek Supeł wyrażał się z wielką aprobatą, a sadzonki papryczek zrobiłam na specjalne dziadkowe zamówienie.
Teściowie bardzo lubią ten ostry przysmak. W zeszłym roku z kilku mizernych krzaczków zebrali bardzo dużo owoców i wkręcili się w ich uprawę. Sobie zostawię tylko dwie sadzonki, bo więcej nie potrzebuję.
Poziomki zaczynają mieć po dwa liście i niedługo będę musiała je rozsadzić.

Podobnie nachyłki. Tylko gdzie ja to będę trzymać?
Poproszę Grześka, żeby mi kupił motykę. Pola za płotem jeszcze kawał.
Nie pisałam już kilka dni i nawet w tym czasie jakieś pomysły na posty chodziły mi po głowie, jakieś myśli ważne, ale uleciało. Widać nie takie znowu ważne.
Trochę dół mnie ogarnął na skutek złych i głupich zajęć zwanych porównywaniem się. Nie zazdroszczę urody. Ani tak zwanych piniędzy (mam wystarczająco). Ale myślę, że inni ludzie to jacyś tacy bardziej ogarnięci życiowo. Mają po kilkoro dzieci i w międzyczasie pracują, mają posprzątany dom, robią milion innych rzeczy. A u mnie jakby ciągle grajdołek. I dzieci, a właściwie jeden dzieć mocno nieposłuszny i wszędzie poza domem pokazuje jak bardzo ma w nosie zasady dobrego wychowania. Objada inne dzieci. Zabiera zabawki i nie chce się dzielić. Nie słucha po wielokroć powtarzanych próśb/poleceń. Mówi, że już tego nie zrobi, po czym wstaje i to robi. Ucieka, gdy chce go złapać. Nieposłusznik zatwardziały. Ręce opadają. Wszystko na odwrót. Wbrew nam. Nawet po mszy, gdy wszystkie dzieci dostają osobne błogosławieństwo, latorośl nasza zasłoniła czoło i powiedziała, że nie chce. Wdała się w dyskusję z księdzem.
- Nie chcesz błogosławieństwa?
- Nie.
- Dlaczego? Jak człowiek ma błogosławieństwo, to jest szczęśliwy. Chcesz być szczęśliwa?
- Nie.
Ale inym razem znalazła medalik i mówi do mnie:
- Widzisz mamo, to jest Pan Jezus.
- Tak.
- Tu jest Jego serce. Jak pójdziemy do nieba, to Mu to oddam.
Głupie te moje smuteczki i nic poważnego.
Trawią mnie też czasem jakiś bardziej poważne niepokoje, ale blog to nie miejsce na takie wynurzenia. I tak za dużo już na nim pisałam o naszym życiu.
Dzieci mi to kiedyż wypomną, a może nawet obrócić się to pisanie przeciwko mnie. Po raz kolejny myślę nad sensownością pisania bloga. Bo to jest jakieś kreowanie własnego wizerunku. Hm... Nie wiem.
Zjem owsiankę i pomyślę nad tym wszystkim.
sobota, 30 kwietnia 2016
Zasady i kwasy
Dzisiaj sobota, a zatem słodyczowy dzień. Nie pamiętam kiedy wprowadziliśmy tę zasadę w naszym domu, może będzie już z rok. Polecam wprowadzenie słodyczowych dni - o ile dajecie swoim dzieciom słodycze. Bo niektórzy rodzice wcale nie daję - wielki szacunek dla nich. My jesteśmy takimi średnio-dobrymi rodzicami, więc czasem dajemy. A to czasem jest w soboty i niedziele plus "iwenty", czyli goście w tygodniu (ciasteczka na stole) albo spotkania z dziadkami, kiedy nie chce mi się rozdzierać szat i dyskutować z babciami o szkodliwości jednego cukiereczka. Dzięki wprowadzeniu zasady, że słodycze w weekend zyskaliśmy sensowny argument, dlaczego Basia nie zawsze je dostaje.
- Mamo, mogę dostać cukierka?
- Nie Basiu, dzisiaj nie jest słodyczowy dzień.
- A kiedy będzie?
- Za trzy dni. Dzisiaj jest środa, jeszcze tylko czwartek i piątek, a w sobotę już będzie słodyczowy dzień.
Nie pamiętam kiedy ostatnio Baśka wdawała się w dalszą dyskusję z argumentami "Ja chcę!" albo "Dlaczego dzisiaj nie jest słodyczowy dzień?".
Podobnie mamy z oglądaniem kreskówek. Zasada w naszym domu jest taka, że nie wcześniej niż o godzinie 12.00. Basia patrzy z nadzieją na zegarek i mówi:
- Zobacz mamo, wskazówki zaraz będą do góry!
Dlaczego od 12.00? Bo tak ;) To jest bardziej ograniczenie dla nas, niż dla niej. Nie oszukujmy się - włączając jej bajkę robię to dla siebie, żeby zyskać chwilę spokoju albo móc zająć się Marynią. Wtórnie robię to , aby sprawić Basi przyjemność.
Zasady oglądania bajek są takie , że maksymalnie 30 minut dziennie, w weekendy trochę więcej. Ta zasada niestety ostatnio została nadszarpnięta. Gdy Basia choruje i jest ze mną i Mary w domu, to szybko kończą mi się pomysły jak ją zająć. Rysować nie lubi, zabawki bardzo szybko jej się nudzą. Ostatnio nie chce uczyć się czytania (metodą symultaniczno-sekwencyjną - napiszę o tym przy okazji). Są oczywiście zabawy, którym mogłaby oddawać się godzinami, np. wspominana już na blogu Matylda. Jak słyszę "Mamo, pobawisz się ze mną Matyldą?" to ciarki mnie przechodzą po plecach. Ile można? Zła ze mnie matka, ale nie cieszę się, że ona to tak lubi. Już naprawdę kilkadziesiąt razy wystawiałyśmy "Kopciuszka" i "Śpiącą królewnę" za pomocą papierowych laleczek. Już w gardle mi więzną powtarzane w kółko sekwencje " Uwaga, uwaga, król urządza bal, na który zaproszone są wszystkie panny w królestwie...". Znajoma wytłumaczyła mi ostatnio, że powtarzanie zabaw albo oglądanie w kółko tych samych bajek jest dla dzieci ważne, bo daje im poczucie bezpieczeństwa (bo wiedzą co będzie dalej) i konstytuuje ich świat. Czy jakoś tak. Poddaję się zatem od czasu do czasu i wołam kiedy trzeba głosem złej macochy:
- Córeczki, książę szuka żony!
Grzesiek twierdzi, że w tej roli jestem niezastąpiona. W akcie zemsty podsuwam czasem Basi pomysł, że może tatuś pobawi się z nią Matyldą. Takie małe małżeńskie złośliwości ;)
Ach! Właśnie! Zaczęłam od słodyczy i nie dodałam tego, do czego dążyłam. Otóż ograniczenie słodyczy nastąpiło nie tylko ze względu na szkodliwy wpływ cukru ogólnie na zdrowie (zaburzenia łaknienia, obniżenie odporności, sprzyjanie chorobom grzybicznym i pasożytniczym, nadpobudliwość itd), ale przede wszystkim ze względu na zęby. Bo dla zębów ten jeden cukiereczek dany przez babcię jest równie szkodliwy jak pięć takich cukiereczków. Zaliczyliśmy już pierwszą wizytę u stomatologa dziecięcego. Super lekarz z podejściem do dzieci, ale Basia pozwoliła mu tylko zajrzeć do buzi. Fluoryzacji już nie dała zrobić, o innych zabiegach nie wspominając. Zwrócił nam uwagę na to, żebyśmy od razu po jedzeniu myli Basi zęby, bo przez pierwsze 30-60 minut bakterie odżywione cukrem robią największe szkody. Wprowadziliśmy zatem zasadę, że od razu po zjedzeniu słodyczy myjemy zęby. Basia przystała na taki układ i - wstyd się przyznać - jest w tym bardziej sumienna, niż ja. Ostatnio pozwoliłam jej napić się słodkiego napoju i wytłumaczyłam czemu jest niezdrowy ("Mamo, jeszcze nigdy czegoś takiego nie piłam!!!" - normalnie sama woda), a gdy tylko
wróciłyśmy do domu, Basia pobiegła do łazienki i sama zaczęła myć zęby.
Dzisiaj po śniadaniu, po umyciu zębów przypomniało jej się, że to słodyczowy dzień. Dostała dwa cukierki, zjadła z zachwytem i znów myłyśmy zęby.
Trzecia zasada, która pomaga nam wychowywać Baśkę, to ograniczanie jej czasu na działanie. Przykład:
- Basia, załóż skarpety.
Udaje, że nie słyszy.
-Basia, skarpety!
Nadal brak reakcji.
- Basia!
Śmieje się i patrzy w sufit.
- Basia, liczę do trzech. Jak nie założysz w tym czasie skarpet, to pójdziesz do swojego pokoju i posiedzisz tam sobie sama. JEDEN ... DWA...
- Już nie licz, zakładam.
Każdy rodzić zna te sytuacje. Prosisz milion razy, aż w końcu się wydrzesz. I nie tyle te głupie skarpety denerwują, ile to ignorowanie twoich próśb. Od kiedy zaczęliśmy ograniczać jej czas na wykonie tego, o co prosimy i mówimy o konsekwencjach - mamy dużo mniej jałowych dyskusji i denerwowania się.
Przemoc psychiczna? O tak, dzieci często ją na nas stosują ;) Nie dajmy!
Teraz o kwasach. Muszę się streścić, bo kto będzie czytał taki elaborat.
Czytając o zasadach w naszym domu można odnieść wrażenie, że - jak to się mówi - "ogarniamy temat". Ale życie codzienne i wielorakość rodzicielskich doświadczeń nie pozwala nam długo tkwić w przekonaniu, że tacy fajni jesteśmy. Ktoś mądrze powiedział, że nic tak nie psuje radości z bycia rodzicem, jak inni rodzice, którzy nas oceniają, komentują, porównują itd. I mówię to z perspektywy matki, która sama ocenia innych. Po co? Pewnie po to, żeby się dowartościować, że jest dobrą matką. Twoje dziecko jeszcze tego nie robi? A moje proszę bardzo, już dwa miesiące temu... My to nie dajemy smoka... ja karmię tylko piersią... I długo tak można. Po pierwszym rodzicielskim zacietrzewieniu w swoich poglądach (po narodzinach Basi) i zadzieraniu nosa, przyznaję z pokorą, że nie wszystko wiem, rozumiem, że wiele rzeczy zrobiłam źle, głupio, niektóre z niewiedzy, a niektóre z wiedzą, ale z lenistwa. Albo w imię zasady, że "Moja racja jest mojsza". Oczywiście, są jakieś obiektywne prawdy, np. że lepiej jest karmić piersią niż sztucznym mlekiem. Ale to nie znaczy, że sztucznym jest źle i że ktoś jest gorszą matką. Nie wiem jakie są powody tego, że komuś się nie udało. Dzisiaj jestem w stanie wyobrazić ich sobie wiele. Zdrowotne, psychiczne (depresja poporodowa), brak wiary w możliwość wykarmienia plus brak wsparcia otoczenia. Albo smok. Nasze dzieci chowane bez smoka. Basia wcale go nie potrzebowała, a ja byłam wielką przeciwniczką. Przy Maryni wyluzowałam się trochę w tej kwestii, ale pomimo wielu propozycji, ona też nie chce. Czy to jest mój problem, że czyjeś dziecko ssie smoka? Jak jest małe, to ok, jak ma dwa- trzy lata, to krzywi sobie zęby i może mieć problem z mówieniem.
Myślicie, że dla naszych dzieci to jest ważne? Ja myślę, że średnio.
Na pewno warto uczyć dzieci samodzielności (nocnik), odpowiednio wcześnie zabrać smoka (żeby dzieci w przedszkolu się nie naśmiewały), ale nie ma sensu katować dziecka tylko po to, żeby samemu dobrze się poczuć.
Jeśli Drogi Czytelniku/Czytelniczko przyłożyłam Ci kiedyś jakimś oceniającym tekstem , to przepraszam. Karm, ubieraj, rozpieszczaj, karć, spędzaj wolny czas jak chcesz. Byleby mądrze kochać tego małego człowieka.
Co to znaczy mądrze - to temat na długą dyskusję. Najlepiej na żywo, nie na blogach , fejsbukach i innych internetach.
PS.: Jeśli ktoś lubi jeść winniczki (a znam takich), to u nas w Markach
wysyp. Wielkie i dorodne. tylko zbierać. Nie wiem, kiedy jest ich okres
ochronny, zainteresowani będą wiedzieć. Ja nie jadam. Bo on mi tak
spojrzał tymi czułkami w oczy...
- Mamo, mogę dostać cukierka?
- Nie Basiu, dzisiaj nie jest słodyczowy dzień.
- A kiedy będzie?
- Za trzy dni. Dzisiaj jest środa, jeszcze tylko czwartek i piątek, a w sobotę już będzie słodyczowy dzień.
Nie pamiętam kiedy ostatnio Baśka wdawała się w dalszą dyskusję z argumentami "Ja chcę!" albo "Dlaczego dzisiaj nie jest słodyczowy dzień?".
Podobnie mamy z oglądaniem kreskówek. Zasada w naszym domu jest taka, że nie wcześniej niż o godzinie 12.00. Basia patrzy z nadzieją na zegarek i mówi:
- Zobacz mamo, wskazówki zaraz będą do góry!
Dlaczego od 12.00? Bo tak ;) To jest bardziej ograniczenie dla nas, niż dla niej. Nie oszukujmy się - włączając jej bajkę robię to dla siebie, żeby zyskać chwilę spokoju albo móc zająć się Marynią. Wtórnie robię to , aby sprawić Basi przyjemność.
Zasady oglądania bajek są takie , że maksymalnie 30 minut dziennie, w weekendy trochę więcej. Ta zasada niestety ostatnio została nadszarpnięta. Gdy Basia choruje i jest ze mną i Mary w domu, to szybko kończą mi się pomysły jak ją zająć. Rysować nie lubi, zabawki bardzo szybko jej się nudzą. Ostatnio nie chce uczyć się czytania (metodą symultaniczno-sekwencyjną - napiszę o tym przy okazji). Są oczywiście zabawy, którym mogłaby oddawać się godzinami, np. wspominana już na blogu Matylda. Jak słyszę "Mamo, pobawisz się ze mną Matyldą?" to ciarki mnie przechodzą po plecach. Ile można? Zła ze mnie matka, ale nie cieszę się, że ona to tak lubi. Już naprawdę kilkadziesiąt razy wystawiałyśmy "Kopciuszka" i "Śpiącą królewnę" za pomocą papierowych laleczek. Już w gardle mi więzną powtarzane w kółko sekwencje " Uwaga, uwaga, król urządza bal, na który zaproszone są wszystkie panny w królestwie...". Znajoma wytłumaczyła mi ostatnio, że powtarzanie zabaw albo oglądanie w kółko tych samych bajek jest dla dzieci ważne, bo daje im poczucie bezpieczeństwa (bo wiedzą co będzie dalej) i konstytuuje ich świat. Czy jakoś tak. Poddaję się zatem od czasu do czasu i wołam kiedy trzeba głosem złej macochy:
- Córeczki, książę szuka żony!
Grzesiek twierdzi, że w tej roli jestem niezastąpiona. W akcie zemsty podsuwam czasem Basi pomysł, że może tatuś pobawi się z nią Matyldą. Takie małe małżeńskie złośliwości ;)
Ach! Właśnie! Zaczęłam od słodyczy i nie dodałam tego, do czego dążyłam. Otóż ograniczenie słodyczy nastąpiło nie tylko ze względu na szkodliwy wpływ cukru ogólnie na zdrowie (zaburzenia łaknienia, obniżenie odporności, sprzyjanie chorobom grzybicznym i pasożytniczym, nadpobudliwość itd), ale przede wszystkim ze względu na zęby. Bo dla zębów ten jeden cukiereczek dany przez babcię jest równie szkodliwy jak pięć takich cukiereczków. Zaliczyliśmy już pierwszą wizytę u stomatologa dziecięcego. Super lekarz z podejściem do dzieci, ale Basia pozwoliła mu tylko zajrzeć do buzi. Fluoryzacji już nie dała zrobić, o innych zabiegach nie wspominając. Zwrócił nam uwagę na to, żebyśmy od razu po jedzeniu myli Basi zęby, bo przez pierwsze 30-60 minut bakterie odżywione cukrem robią największe szkody. Wprowadziliśmy zatem zasadę, że od razu po zjedzeniu słodyczy myjemy zęby. Basia przystała na taki układ i - wstyd się przyznać - jest w tym bardziej sumienna, niż ja. Ostatnio pozwoliłam jej napić się słodkiego napoju i wytłumaczyłam czemu jest niezdrowy ("Mamo, jeszcze nigdy czegoś takiego nie piłam!!!" - normalnie sama woda), a gdy tylko
wróciłyśmy do domu, Basia pobiegła do łazienki i sama zaczęła myć zęby.
Dzisiaj po śniadaniu, po umyciu zębów przypomniało jej się, że to słodyczowy dzień. Dostała dwa cukierki, zjadła z zachwytem i znów myłyśmy zęby.
Trzecia zasada, która pomaga nam wychowywać Baśkę, to ograniczanie jej czasu na działanie. Przykład:
- Basia, załóż skarpety.
Udaje, że nie słyszy.
-Basia, skarpety!
Nadal brak reakcji.
- Basia!
Śmieje się i patrzy w sufit.
- Basia, liczę do trzech. Jak nie założysz w tym czasie skarpet, to pójdziesz do swojego pokoju i posiedzisz tam sobie sama. JEDEN ... DWA...
- Już nie licz, zakładam.
Każdy rodzić zna te sytuacje. Prosisz milion razy, aż w końcu się wydrzesz. I nie tyle te głupie skarpety denerwują, ile to ignorowanie twoich próśb. Od kiedy zaczęliśmy ograniczać jej czas na wykonie tego, o co prosimy i mówimy o konsekwencjach - mamy dużo mniej jałowych dyskusji i denerwowania się.
Przemoc psychiczna? O tak, dzieci często ją na nas stosują ;) Nie dajmy!
Teraz o kwasach. Muszę się streścić, bo kto będzie czytał taki elaborat.
Czytając o zasadach w naszym domu można odnieść wrażenie, że - jak to się mówi - "ogarniamy temat". Ale życie codzienne i wielorakość rodzicielskich doświadczeń nie pozwala nam długo tkwić w przekonaniu, że tacy fajni jesteśmy. Ktoś mądrze powiedział, że nic tak nie psuje radości z bycia rodzicem, jak inni rodzice, którzy nas oceniają, komentują, porównują itd. I mówię to z perspektywy matki, która sama ocenia innych. Po co? Pewnie po to, żeby się dowartościować, że jest dobrą matką. Twoje dziecko jeszcze tego nie robi? A moje proszę bardzo, już dwa miesiące temu... My to nie dajemy smoka... ja karmię tylko piersią... I długo tak można. Po pierwszym rodzicielskim zacietrzewieniu w swoich poglądach (po narodzinach Basi) i zadzieraniu nosa, przyznaję z pokorą, że nie wszystko wiem, rozumiem, że wiele rzeczy zrobiłam źle, głupio, niektóre z niewiedzy, a niektóre z wiedzą, ale z lenistwa. Albo w imię zasady, że "Moja racja jest mojsza". Oczywiście, są jakieś obiektywne prawdy, np. że lepiej jest karmić piersią niż sztucznym mlekiem. Ale to nie znaczy, że sztucznym jest źle i że ktoś jest gorszą matką. Nie wiem jakie są powody tego, że komuś się nie udało. Dzisiaj jestem w stanie wyobrazić ich sobie wiele. Zdrowotne, psychiczne (depresja poporodowa), brak wiary w możliwość wykarmienia plus brak wsparcia otoczenia. Albo smok. Nasze dzieci chowane bez smoka. Basia wcale go nie potrzebowała, a ja byłam wielką przeciwniczką. Przy Maryni wyluzowałam się trochę w tej kwestii, ale pomimo wielu propozycji, ona też nie chce. Czy to jest mój problem, że czyjeś dziecko ssie smoka? Jak jest małe, to ok, jak ma dwa- trzy lata, to krzywi sobie zęby i może mieć problem z mówieniem.
Myślicie, że dla naszych dzieci to jest ważne? Ja myślę, że średnio.
Na pewno warto uczyć dzieci samodzielności (nocnik), odpowiednio wcześnie zabrać smoka (żeby dzieci w przedszkolu się nie naśmiewały), ale nie ma sensu katować dziecka tylko po to, żeby samemu dobrze się poczuć.
Jeśli Drogi Czytelniku/Czytelniczko przyłożyłam Ci kiedyś jakimś oceniającym tekstem , to przepraszam. Karm, ubieraj, rozpieszczaj, karć, spędzaj wolny czas jak chcesz. Byleby mądrze kochać tego małego człowieka.
Co to znaczy mądrze - to temat na długą dyskusję. Najlepiej na żywo, nie na blogach , fejsbukach i innych internetach.
PS.: Jeśli ktoś lubi jeść winniczki (a znam takich), to u nas w Markach
wysyp. Wielkie i dorodne. tylko zbierać. Nie wiem, kiedy jest ich okres
ochronny, zainteresowani będą wiedzieć. Ja nie jadam. Bo on mi tak
spojrzał tymi czułkami w oczy...
Subskrybuj:
Posty (Atom)











